10.28
Lilith obudziła się na parapecie, z twarzą opartą o szybę. Kotka nadal grzecznie spała. Wyglądało na to, że jest jeszcze przed świtem. Ułożyła kotkę na poduszce, a sama poszła się umyć. Po kąpieli znowu wyjrzała przez okno. Słońce dopiero wschodziło. Lilith uznała, że jeszcze za wcześnie na śniadanie, za to w sam raz pora na zabawę z kotem.
Arian wskazał mu krzesło.
-Wina?
Sario skinął głową. Jego przyjaciel zawołał służącego, który w chwilę później wrócił z winem.
-Były zamieszki, jacyś buntownicy czy inni rewolucjoniści podpalili gmach Rady Porządku.
-To chyba dosyć normalne?
Rzeczywiście, nawet we względnie spokojnym miejscu, za jakie można było uważać Niebiosa, dosyć często dochodziło do zamieszek. A siedziba Rady Porządku, mieszcząca w sobie także więzienie i kilka sal rozpraw, była najczęściej podpalanym i niszczonym budynkiem w mieście.
Arian skrzywił się trochę.
-Rzecz w tym, że na ścianie napisano: „Nadejdą dni gniewu i pogardy i pozostanie tylko proch i pył na wietrze”.
-Zamalujcie.
-Próbowaliśmy. Nie da się.
-Zasłońcie.
-Sario! To jest frontowa ściana! Zasłonimy, to pół miasta się zleci…
-Duży ten napis?
-Spory. Do tego dziesięć metrów nad ziemią.
Sario gwizdnął z nieukrywanym podziwem i uśmiechnął się złośliwie.
-Ładnie was urządzili. Ale nadal nie wiem, co ja mam z tym wspólnego.
-Rada podejrzewa, ze to ma coś wspólnego z tą osobą, którą zabrałeś z Ziemi.
-Niby dlaczego?
-Możesz być ze mną przez chwilę szczery?
Sario przekrzywił głowę i spojrzał na Ariana z lekkim powątpiewaniem. Jednak skinął głową.
